sobota, 29 czerwca 2013

Pustynie, granice, drogi...


[ten tekst, jak kilka innych, był kiedyś publikowany w piśmie »Gestalt«. Było to dawno i dziś nie zgadzam się już z wielu własnymi, „psychologizującymi” myślami. Zamieszczam to, bo w komentarzu do posta poniżej pani K. mówi o granicach, jako czymś ważnym. Też tak dalej myślę: niech ten tekst będzie moim głosem w rozmowie].

            Świat zaczął się od stworzenia granic. Bóg oddzielił światło od ciemności. Jednak zrobił to niedokładnie (nie dziwmy się - miał na wszystko tylko sześć dni). Stąd między światłem a ciemnością jest ogromna przestrzeń szarości, półmroku, o różnych odcieniach. My poruszamy się w tym półmroku. Jeśli chcemy pokazać dokładnie,  w którym miejscu światło zmienia się w ciemność, jesteśmy skazani tylko na własną decyzję. I tego nic już nie zmieni. Zostaliśmy wygnani z raju, miejsca bez granic...
            *
            Nasz świat jest zbiorem przedmiotów i zdarzeń, procesów i właściwości, pomiędzy którymi granice i przedziały są szare, niejasne. Jest to świat zbiorów rozmytych. A przecież działając, musimy mieć granice, umożliwiające decyzje, musimy wiedzieć, gdzie jest to a gdzie nie-to, bo tylko wtedy wiemy kiedy robić tak a kiedy nie-tak. Brak granic paraliżuje, rozmycie między dobrym i złym prowadzi do rozmycia między działaniem a niedziałaniem. Brak granic to problem, to dla niektórych horror. Boją się panicznie pustej przestrzeni, nie pokreślonej liniami i podziałami. Wszyscy cierpimy na agorafobię, tylko jedni z nas boją się przestrzeni materialnej, inni - niematerialnej. Być może ta „zwykła agorafobia” jest symptomem tej drugiej, symptomem lęku przed światem bez granic. Jesteśmy w sytuacji eksperymentalnego psa, który nauczył się reagować inaczej na koło a inaczej na elipsę, a później eksperymentator zaczął stopniowo zmniejszać różnicę między kołem a elipsą. Wielu z nas już dziś nie wie, czy cały świat to już koło, czy jeszcze elipsa? Lub odwrotnie. Tak jak różne psy w laboratorium, różnie radzimy sobie z tym problemem braku granic. Niektórzy nie radzą sobie w ogóle - są ofiarami granic, ich braku, nieumiejętności ich wyznaczenia lub przekonania, że tylko oni są powołani do wyznaczania granic.
            *
            Według stosunku do granic moglibyśmy zdefiniować inaczej tradycyjną psychopatologię. W tym nowym ujęciu głównym kryterium zaburzenia lub choroby byłaby rola granic. Powstałyby takie oto opisy:
Neurotyk  - paraliżowany strachem przed przekroczeniem granic, przepełniony winą i wstydem, że je gdzieś, kiedyś, przekroczył, naruszył. Jego granice są dotkliwe, sztywne, ich dotknięcie sprawia ból, neurotyk wciąż myśli o tym aby się do nich nie zbliżyć za bardzo lub by zbudować je dokładnie tam, gdzie trzeba, należy, powinien.
Paranoik - budujący granice, uszczelniający je, ciągle baczny na to, kto i gdzie je przekracza. Bezustannie widzi tych, którzy chcą przeniknąć w jego kierunku, podejmują wyrafinowane i zawiłe starania aby granice złamać, przeniknąć, rozmyć. One tymczasem muszą być mocne i wyraźne, dlatego jest podejrzane, jeśli zaniedbuje się je. Świat to różne światy: wewnątrz i zewnątrz, poza granicami, ja - oni,  my - wrogowie, my - obcy.
Schizofrenik - nie mający granic i cierpiący z tego powodu, nieistniejący, rozproszony, niespójny, nieoddzielony od  nie-siebie. Byt przepływający chaotycznie z jednego obszaru w drugi, mieszający różne światy, języki...
Chory na depresję - ten, w którym smutek wyszedł z właściwych mu granic, stał się „nie na miejscu” i zajął miejsce innych uczuć, wdarł się w ich obszary, granice okazały się za słabe dla niego. To człowiek nie dysponujący granicami odpornymi na smutek lub lęk, jego granice wewnętrzne wykonane są z materiału, który rozpada się przy zetknięciu z tymi uczuciami.
Psychopata - nic nie wiedzący o granicach. Nie ma ich poczucia. Jest jak ślepy nietoperz pozbawiony swojego radaru. Słyszy, że inny mówią o granicach, jest tym zainteresowany, chciałby wiedzieć, czym one są, jednak nie czuje tego. Zadzwoni do ciebie w środku nocy, kiedy śpisz, żeby zapytać co słychać - czy rzeczywiście istnieje jakaś granica między dniem a nocą? Wypchnie cię z jadącego pociągu, bo właściwie „zewnątrz” i „wewnątrz” nie różnią się tak bardzo, nie widać granicy pomiędzy nimi. Tak jak pomiędzy życiem i śmiercią.
            *
            Nie umiemy istnieć bez granic. Zawsze przecież one nas otaczają. Co to znaczy „bez granic”? Żeby być sobą, takimi jakimi chcemy być, potrzebujemy granic, są one konieczne do naszego istnienia. Bez nich rozpadamy się, znikamy, nie mamy naszego drogocennego „ja”: przecież ja to głównie granica: po jednej stronie „ja”, po drugiej - „nie ja”.  Nawet jeśli to wiemy, pojawia się cięższy problem: jeśli granic nie ma, nie widzimy ich, to kto ma je ustanowić, w których miejscach je wytyczyć? Kto je konstruuje, określa ich elastyczność, przenikliwość, twardość?
            Granice są naszym problemem. Problemem egzystencji, praktyki, życia codziennego, terapii. Są wszędzie. Musimy je, chcąc nie chcąc, tworzyć, przekraczać, omijać. Dzięki granicom dokonujemy transgresji, przypisanej niemal do naszej istoty. Problem granic jest jednym z podstawowych problemów egzystencjalnych, choć, ciekawe, jakby go nie zauważamy. Jest problemem zbyt dużym, abyśmy go mogli zobaczyć w całości.
            *
            Niektóre granice są wbudowane w świat fizyki i przyrody: znamy je jako ograniczenia, granice naszych pragnień sił, możliwości. Poza granicami naturalnymi otaczają nas granice dodane przez innych ludzi lub przez nas samych. Wiadomo: ludzie dzielą się na tych, którzy wszystko dzielą na dwie kategorie, i na tych, którzy tego nie robią.
            Oprócz natury i nas samych nikt nam już granic nie stawia. Bóg - pierwszy twórca granic - podobno umarł. Jeśli tak, to jednocześnie z Bogiem - konstruktorem i strażnikiem granic, upadł zewnętrzny czynnik dyktujący nam granice; niektórzy z nas jeszcze o tym nie wiedzą, nie wiedzą, że teraz nam przypada obowiązek mówienia sobie: stąd - dotąd, tyle - dość, itp. A więc znów jesteśmy w roli Boga, który oddzielał: światło od ciemności, ziemię od wody, rajski ogród od reszty stworzenia...  Wielu nie zdaje sobie jeszcze sprawy, jak ciężki to obowiązek i jak trudno będzie nam się go nauczyć. Jak trudno żyć, kiedy odpowiedzialności nie można już przesunąć na kogoś.... Nie tylko neurotyk i człowiek chory nie może unieść brzemienia, jakim jest zadanie wytyczania granic. Praktycznie każdy z nas tego nie umie - dlatego szukamy kogoś, kto nam da granice, kto nas ograniczy. Samoograniczanie jest równie charakterystycznym rysem człowieka, jak przekraczanie granic.
            *
            Codziennie spotykamy specjalistów od granic, którzy chcą nam pomóc: stawiają granice. Burzą je i usuwają. Tłumaczą, że granice są fikcyjne lub wymyślone, mocniejsze niż myślimy lub nie ma ich wcale. Dla egzystencjalnego pomocnika i terapeuty ważne jest pytanie: którym ludziom należy granice stawiać, wytyczać, a którym - burzyć? Komu wytłumaczyć, że granica to twardy kamienny mur, a komu - że granica to tylko życzliwy napis: w tym miejscu bądź ostrożny? Kogo z nas niszczą granice lub ich nadmiar, a kogo niszczy ich brak? Pomylenie tych pytań lub błędna odpowiedź to błąd w sztuce. A więc pytajmy przy każdym przypadku: czy psychoterapia to uczenie granic? Czy braku granic?
            *
            Z przypowieści Zen: mnich mówi: patrz, flaga się porusza. Na to drugi: nie, to wiatr się porusza. Przechodzący patriarcha: Ani wiatr, ani flaga. To umysł się porusza.
Wobec tego, co jest wewnątrz, a co zewnątrz? Umysł na wietrze? Wiatr w umyśle? Na czym polega różnica?
            Widzimy i odczuwamy mocno granice na zewnątrz nas. A jednak są one mniej wyraźne niż sądzimy: świat zewnętrzny przenika w nas - tak jak powietrze, którym oddychamy: czy jest ono czymś zewnętrznym, czy wewnętrznym? Czy nasze zmysły są „sondą” sięgającą w świat zewnętrzny, czy też ten świat wnika do wnętrza naszych umysłów? Czy świadomość jest „wewnątrz” czy „zewnątrz”? Czy świadomość można pogodzić z granicami? Pokusiłem się kiedyś o swoją definicję świadomości: określiłem ją  jako „bycie jednym z....”, jako nieobecność granic. Im mniej granic, tym więcej świadomości? Wciąż nie jestem tego pewny, jednak wiem, że możemy uzyskiwać świadomość większą, silniejszą, a jest to jednoznaczne z tym, że doświadczamy „bycia jednym z” coraz większą liczbą rzeczy, obszarów, ludzi... doświadczamy ich jako jedno. Jeśli jesteś jednym z..., łatwiej ci postawić sobie inne granice: granice własnej złości, nienawiści, strachu. Czy będziesz agresywny wobec tego, czego jesteś częścią, co jest tobą? Taki paradoks - lub może rzecz oczywista: usuwanie jednych granic ułatwia stawianie innych.
            *
            „Wszystko jest dla mnie obce, włączając w to większość mnie samego” (John Fowles). Być może ostrzejsze są granice nie zewnątrz nas, lecz wewnątrz, tylko że tych ostatnich nie odczuwamy tak mocno, nie wiemy gdzie są, i co jest poza nimi. I to jest ważne: najsilniejsze są granice, których nie odczuwamy. Najpierw trzeba je odczuć, doświadczyć, żeby je przekroczyć lub pokonać. Dlatego tak ważne są doświadczenia bezsilności, bezradności w życiu: po tych doświadczeniach wiemy, gdzie są granice - i możemy je obalać lub przekraczać - jeśli mamy odwagę. Lub pozostać wewnątrz naszych granic.
            *
            Zdolność samoograniczania jest obosieczna: hamuje to, co mogłoby nas zniszczyć. Hamuje też nasz rozwój, nasze możliwości. Niedobre jest budowanie granic od góry, nad naszą głową. Chodzimy wtedy całe życie zgarbieni: boimy się uderzyć głową w twardy sufit tuż ponad nami. Może rzeczywiście ciało niektórych ludzi wyraża fakt, że żyją oni w piwnicach? Przekonano ich kiedyś: wyżej siebie nie podskoczysz.
            *
            Granice są źródłami wojen, wewnątrz i zewnątrz nas, dosłownie i w przenośni. Trzeba je ustawiać ostrożnie. Nie możemy tego robić sami - ale do jakiego rozjemcy się odwołać? Świat dzisiaj jest światem ludzi inaczej definiujących swoje granice. Właśnie to, że każdy z nas ma swoje, staje się problemem: kiedyś, dawno, granice były niemal w całości wspólne, dziś istnieją indywidua i małe grupki żyjące w innych granicach: moralności, tego, co można i nie można, co dobre i złe, co wartościowe i nie. Każdy z nas ma swoje granice, wewnątrz siebie i na zewnątrz, przez całe życie przesuwa je, dopasowuje, i nie wiadomo kiedy wkraczamy w granice cudze, a to już rodzi problemy...
            Jeśli nie ma w sprawach granic najwyższych autorytetów, musimy robić to, co robią państwa i narody: jeśli wejdą w spór graniczny, mają do wyboru wojnę albo negocjacje. To samo mamy do wyboru wszyscy: granice ustalają ci, którzy są po obu stronach; nigdy ten z jednej strony. Granice nie tylko dzielą, ale  łączą. Jeśli ktoś zmienia granicę dookoła siebie, zmienia też granicę dookoła swojego sąsiada. Praktycznie wszystkie granice mają charakter społeczny. Rodzimy się w świecie skonstruowanym przez kogoś. Jakkolwiek mgliście, doświadczamy natychmiast granic: przyjemne - przykre, jasne - ciemne, złe - dobre. Osoby znaczące to te, które pokazują nam, gdzie przebiegają granice. My tych granic nie widzimy, ale wierzymy, że granice są i potem zaczynamy je widzieć. Niektórzy z nas dorastają do samodzielności i widzą, że granice są złudą i że oni mogą je przeprowadzić inaczej - nawet jeśli tym z drugiej strony granic się to nie podoba. W tym ostatnim przypadku wracamy do punktu wyjścia: wojna - albo rozmowy.
            *
            Wyobrażam sobie psychologię i psychoterapię jako praktyczną sztukę ustanawiania i zmiany granic w życiu ludzkim. Jesteśmy (lub niektórzy z nas są) nomadami, pionierami z Dzikiego Zachodu (lub z jakiejkolwiek innej dzikiej okolicy, czyli takiej, gdzie nie ma granic - podobnie jak w raju), z pustyni. Działamy zgodnie z zasadą: gdzie my - tam nasze granice. Niektórzy wędrują tak całe życie, nie przejmując się granicami. Czasami brak granic męczy ich lub niszczy, gubią kierunek, wołają o pomoc, giną na pustyni. Większość z nas staje się z biegiem czasu spokojnymi osadnikami i widzi granice wokół siebie jako istniejący „od zawsze” - twór natury. Dla jednego człowieka pustynia jest barierą. Dla innego - drogą.

            ***

wtorek, 25 czerwca 2013

Młot na teraźniejszość


Teraźniejszość to nic więcej niż surowy materiał, z którego możemy stworzyć lepszą przyszłość 
Ken Alder

            Kulą u nogi naszej cywilizacji jest przekonanie, że żeby działać, trzeba wiedzieć. Mit i kult wiedzy, mit nauki. Ten mit, nieźle funkcjonujący w odniesieniu do świata przyrody, przenieśliśmy bezproblemowo w świat człowieka. Tkwimy w scjentystycznej- a może paranoicznej - utopii zrozumienia ludzkiego działania, stworzenia teorii ludzkich zachowań. Utopia polega na tym, żeby najpierw zrozumieć „istotę” człowieka i sposób jego działania, a później coś robić, coś, co będzie oparte na tej niezwykłej wiedzy o naszym życiu i funkcjonowaniu. „Poznaj sam siebie” . Itd., itp.
            Mnóstwo ludzkich wysiłków, publicznych pieniędzy i zmarnowanego czasu poświęcono „badaniu ludzkich działań”. Powstało kilka pseudonauk, które miały to osiągnąć. Bez efektów – pomijając udane – społeczne i finansowe -  kariery pseudouczonych, pewnego gatunku medialnych celebrytów, utytułowanych i zasłużonych członków naukowego towarzystwa szarlatanów. Cechą szczególną tych pseudonauk i pseudouczonych jest to, że nikt nie wie, kim byli lub są i nikt nie odczuł praktycznej korzyści z ich poznawczych „osiągnięć”, które szybko odchodzą w niebyt. Jak pisał Andreski – jest to współczesne czarnoksięstwo, czary, zwane naukami społecznymi lub naukami o człowieku.
            *
            Każda epoka ma swój system wierzeń i przekonań, które wydają się oczywiste i ostateczne – w danym momencie. Średniowiecze miało swoją wiarę w czary i czarownice, całą „epistemologię” z tym związaną i podręcznik „Młot na czarownice”. Po iluś latach ludzie kpią i śmieją się z tych przekonań albo są nimi przerażeni, ale mają własne, nowe wierzenia i autorytety, które zostaną wyśmiane w przyszłości. Każda epoka ma własne czarownice i czarowników. I młoty na nich. Wierzymy dziś, że socjolog przewidzi, co stanie się z jakimś miastem za n lat, politolog przewidzi wyniki wyborów, że psycholog, wyposażony w cudowne „testy psychologiczne” określi, czy ktoś nadaje się do jakiejś pracy, jakie ma kompetencje i jaka będzie jego kariera. Biegli i eksperci (czytaj czarownicy i szamani) przy pomocy tychże „testów” i „diagnoz” decydują czy ktoś dostanie pracę, czy odebrać dziecko rodzicom, lub umieścić je w szkole specjalnej lub instytucji resocjalizacyjnej. Albo czy oskarżonego osadzić w więzieniu. A może w szpitalu psychiatrycznym? Czym różni się wiara w te i podobne rzeczy od wiary w czary i czarownice, wiedźmy, etc.? Może tylko tym, że „naukowe” wnioski nie kończą się podpalaniem stosów. To jakiś postęp. Ale za ileś lat nasi potomkowie będą zdumieni, jak mogliśmy wierzyć w takie bzdurne i niemoralne idee. Nasze „nauki społeczne i humanistyczne” będą odczytywane jako młot na czarownice, taki Malleus Maleficarum. Teorie i wyjaśnienia zawarte w tych naukach będą uważane za czary i czarnoksięstwo. Będziemy potrzebować nowego młota, który te teorie zmiażdży.
            Naszym nieszczęściem jest niezdolność patrzenia w przyszłość i fascynacja tym, jak rzekomo lepsi i doskonalsi jesteśmy w porównaniu z przeszłością. Zapominamy, że niedługo nasza teraźniejszość będzie przeszłością dla naszych potomków.  A my będziemy przedmiotem ich kpin, a może i pogardy. Zagadka: za co twoje prawnuki będą czuć do ciebie pogardę  i obrzydzenie? No za co?
            *
             Dziś potrzebujemy zmiany ludzkich zachowań, bez czekania czy i kiedykolwiek zrozumiemy ich "mechanizmy" lub „istotę”. Potrzebujemy zmiany świata: nie tyle fizycznego, ale społecznego, kulturowego i politycznego. Struktury tego świata dojrzały do tego, aby je rozbić jakimś potężnym młotem i sklecić na nowo: oby w kształt bardziej udany.
Żeby to zrobić, nie potrzebujemy kolejnej nibynauki o młotkach i istocie ich funkcjonowania. Trzeba tych młotków użyć. Marks jest wiecznie żywy: nie chodzi o to, aby świat interpretować, ale o to, by go zmienić.
           Istota bycia człowiekiem to projektowanie, działanie i tworzenie. Ale również niszczenie tego, co nieefektywne, niedobre. To ta, wykpiwana przez wielu „konstruktywna destrukcja”, bez której siedzielibyśmy dziś na drzewach. Niszczenie, aby tworzyć. Aby tej konstruktywnej destrukcji dokonać, niekoniecznie musimy „rozumieć siebie”. Trzeba wiedzieć, czego chcemy i rozumieć to, co robimy, do czego zmierzamy. Określić nasze wartości i cele. A jeśli trzeba, użyć młotka.
            Młotek może być skuteczny, nawet jeśli nie uprawia introspekcji.

              ***


poniedziałek, 24 czerwca 2013


@ MYŚL DNIA.   Strach jest świetnym motywatorem, bardzo wszechstronnym. Ze strachu można coś robić albo czegoś nie robić. Mogą to być przeróżne rzeczy, tylko strach jest ten sam. Gdyby nie było strachu, przestalibyśmy robić cokolwiek.

            *

piątek, 21 czerwca 2013


@ MYŚL DNIA.   Nasze myślenie to prawie w całości potok bzdur, błędów i absurdów. Gdybyśmy je wszystkie usunęli, to niewiadomo co pozostanie. I o tym właśnie trzeba myśleć.
            *

środa, 19 czerwca 2013

@ MYŚL DNIA.   Wszyscy mówią o rozwoju, zgadzają się, że musimy się rozwijać, oczywiście. Prawie nikt nie ma jakiejś jasnej idei "rozwoju", albo alternatywnej idei tego, co nazywamy rozwojem ludzkości, cywilizacji, kultury...  Jak się rozwijać, kiedy nie wiemy, co to znaczy? Znów rację ma S.J. Lec: „Gdy krzykną: »niech żyje postęp!« – pytaj zawsze: postęp czego?”
            *

niedziela, 16 czerwca 2013

@ MYŚL DNIA.   Życie ma dziwną cechę: przeszłość nie jest przeszłością, lecz teraźniejszością. Często jest tu, gdzieś obok. Może być niewidoczna, ale dzieje się wciąż, w jakiejś rzeczywistości równoległej. Biegnie obok nas. Czasem nasza ścieżka i ścieżka przeszłości się krzyżują i to, co przeszłe czeka za najbliższym rogiem. Przeszłości nie możemy za sobą zostawić ani usunąć. Musimy się z nią zmierzyć.
            *

piątek, 14 czerwca 2013

@ MYŚL DNIA.   Nazywajmy rzeczy po imieniu. Ludzi też. I niekoniecznie będą to imiona własne. Ani przyjemne.
            *

środa, 12 czerwca 2013

@ MYŚL DNIA.   Ktoś powiedział, że sztuka gotowania nie zaniknie dlatego, że pojawia się mnóstwo poradników "jak gotować?". Podobnie, sztuka życia nie zniknie dlatego, że pojawia się mnóstwo książek "jak żyć". 
Wolałbym się żywić u kucharza, który dobrze gotuje, niż u tego, który pisze dobre książki o gotowaniu. Wolałbym też patrzeć na życie człowieka, który potrafi żyć, niż uczyć się życia od kogoś, kto pisze książki o życiu. Podręcznikami życia są żywi ludzie, nie książki.
            *

wtorek, 11 czerwca 2013


@ MYŚL DNIA.   Język robi nas w konia. Tak, tego trojańskiego. Słowa są z wierzchu ładne, zrozumiałe, jasne. W środku noszą dziwne, inne znaczenia, o których nie wie ten, kto mówi, ale które rozumie ten, kto słucha. Mówiąc, mówimy coś więcej albo inaczej niż myślimy. "Język myślom kłamie". Skutki mogą być nieoczekiwane, często nieprzyjemne.

            *

piątek, 7 czerwca 2013


@ MYŚL DNIA.   Są w życiu problemy, których doświadczenie jest warunkiem bycia człowiekiem. Nawet, jeśli ich rozwiązanie nam się nie powiodło,  napotkanie tych problemów jest wskazówką, jest drogowskazem: idziesz we właściwym kierunku.
To boli, ale idziesz dobrą drogą.
Nie znieczulaj się, nie uciekaj.
Mówiąc prościej: masz problem? Bierz go na klatę. To najlepsza technika życia
I tak nie mamy nic do stracenia.

            *

środa, 5 czerwca 2013

Alchemia społeczna

W naszym społeczeństwie są tysiące, tysiące ludzi, prowadzących życie w cichej rozpaczy, kiedy spędzają długie, ciężkie godziny w pracy, której nienawidzą, po to żeby móc kupić rzeczy, których nie potrzebują, aby wywrzeć tym wrażenie na ludziach, których nie lubią. 
                                                                                                                Nigel Marsh

            Ludzie nie chcą mieć czegoś dosyć, tyle ile trzeba, zgodnie z potrzebami, nie. Zdobywamy, kupujemy i konsumujemy więcej niż to konieczne z kilkunastu, może kilkudziesięciu powodów. Jednym z tych powodów jest powiązanie posiadania z miejscem w społeczności, pozycją wśród ludzi. Jeśli ten powód wchodzi w grę, to istotą naszych pragnień jest mieć więcej niż inni, żeby być przez to lepszym od nich. Jeśli z tego pragnienia nie zrezygnujemy, to miliardy ludzi na świecie będą wciąż sfrustrowane i nieszczęśliwe: bo iluż ludzi może być "najlepszymi" i mieć "najwięcej"? Starożytni mówili, że człowiek jest miarą wszechrzeczy - również miarą tego, co mu potrzebne do życia. Dzięki temu mamy jakiś punkt odniesienia, punkt nasycenia, wyznaczany cechami naszego ciała i fizjologii. Jeśli czyjś rozmiar buta to 42 a on kupuje rozmiar 45 bo chce mieć „więcej” niż inny to uważamy go za głupca. Ale jeśli ktoś kupuje sto niepotrzebnych jemu w sensie fizycznym par butów bo chce mieć więcej niż ten, co ma trzy pary, uważamy to za zrozumiałe, mimo, że jest absurdalne. Zamiast „butów” możemy wstawić dowolne rzeczy: absurd pozostaje ten sam.
            Swoje rzeczywiste, fizyczne potrzeby możemy zaspokoić do syta. Inaczej jest jeśli potrzebujemy czegoś, aby mieć więcej lub lepiej niż inni i przez to poczuć się „większym” lub „lepszym”. Tu już nie ma granicy, nie ma punktu nasycenia, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto ma lepiej i więcej a my chcemy go prześcignąć. Wyścig jest z góry przegrany praktycznie dla wszystkich uczestników. To zjawisko ma jeszcze inny, ważny aspekt.
            Konsumpcja na pokaz, zwana ostentacyjną to paranoja, unieszczęśliwiająca ludzkość. Jedni nie mają nic, bo przegrali w wyścigu: zabrakło dla nich nagród. Ci, którzy te nagrody zgarnęli i mają ponad potrzeby, budzą się z ręką w nocniku, bo to, co niepotrzebne, nie daje im ani pożytku, ani poczucia że są lepsi i więcej warci. Ci „lepsi” zawsze są z przodu i wciąż patrzą na nich z pogardą, jakże bolesną i nie do zniesienia dla tych z tyłu. Zaspokojenie potrzeb przez fikcyjne sposoby daje fikcyjną satysfakcję. Ale o tym trzeba się przekonać samemu. Pewnym ludziom zajmuje to całe życie.
            Ludzie, którym udaje się zrozumieć absurd tego żałosnego wyścigu, mają powód do niezbyt etycznej, ale jednak satysfakcji, rodzaju schadenfreude na opak. Patrzą na tych „maciejców”, próbujących imponować innym tym, co mają i na co ich stać, z mieszaniną obrzydzenia, pogardy i rozbawienia. Jest to dziwny przypadek, kiedy dwie grupy ludzi traktują się z jednakową odrazą – i wszyscy czerpią z tego zadowolenie. Mam hipotezę, że tu leży źródło prawdziwej satysfakcji: ci, którzy mają i chcą mieć więcej, patrzą z pogardą na tych, którzy nie mają i nie mogą mieć albo – o dziwo! - nie chcą mieć. Ci ostatni odwzajemniają się podobną pogardą. I – patrzcie, patrzcie: z wzajemnej pogardy rodzi się szczere, spontaniczne  poczucie własnej wartości. Duma z siebie z pogardy dla innych! To prawdziwy cud alchemiczny, ołów przemienia się w złoto! Zdawałoby się naiwnemu człowiekowi, że każdy z nas jest źródłem poczucia własnej wartości i szacunku dla siebie, a tu nie. Skoro takiego źródła nie mamy w sobie, trzeba go szukać na zewnątrz. A gdzie? W innych ludziach, tych gorszych – bo jak oni gorsi, to ja lepszy. Ludzie lubią mieć pieski i kotki. A jeszcze bardziej lubią takie specjalne pieski, zwane „underdogiem” – czyli kogoś, z kogo można się radośnie pośmiać, obrzydzić się nim, zdrowo pogardzić, poczuć litość. A jaka z tego radość! Prosta sztuczka. Nawet alchemicy tego nie wymyślili.
            Człowiek  - istota społeczna - potrzebuje bliźniego. Po co? Żeby mieć się kim brzydzić. Wzajemne obrzydzenie to największa siła łącząca ludzi. I tak powinno być. Zdrowe społeczeństwo to takie, które jest związane mocną, spontaniczną i naturalną więzią. A nic tak ludzi nie wiąże, jak szczera, wzajemna pogarda. Nic lepszego nikt jeszcze nie wymyślił.

            ***

wtorek, 4 czerwca 2013

@ MYŚL DNIA.   Mam zamiar napisać kilka bajek o krasnoludkach. W ten sposób stworzę nową dziedzinę nauki: krasnoludkologię społeczną. Wobec ogromnej liczby krasnoludków na świecie i problemów jakie z tego wynikają, krasnoludkologia jest dziś dyscypliną niezbędną i z pewnością będzie się dynamicznie rozwijać. Zachęcam młodzież do studiowania krasnoludkologii. Kariera zawodowa i dochody gwarantowane.
            *

poniedziałek, 3 czerwca 2013

@ MYŚL DNIA.   Biegniemy coraz szybciej. Tylko w złym kierunku.
             *