czwartek, 30 września 2010

Następna wiedza, proszę!

            Słyszę ostatnio narzekania, że ludzie (na przykład studenci? To też ludzie?) korzystają z  Wikipedii, pisząc prace magisterskie, a to nie jest wiedza całkiem pewna, itp.
            Nie ma się czego bać. Nie martwmy się o wiedzę. Wiedza była, jest i będzie. Wiedza jest ważna, odpowiada nam na pytanie: gdzie jesteśmy? Co jest? Czyli tworzy nasz świat. Nasz świat jest wiedzą. A że co chwilę inną? A co to ma za znaczenie? Kiedyś ludzie wiedzieli, że Ziemia jest płaska. Że Słońce krąży wokół ziemi. Że Bóg stworzył świat w sześć dni (do czasów Darwina). Że przedmioty cięższe od powietrza nie mogą latać (w dziewiętnastym wieku twierdzili tak wybitni fizycy). Że lodowce w Himalajach gwałtownie topnieją (wiedzieliśmy niedawno, już tego nie wiemy, to była naukowa ściema), itd.  
Wybitny fizyk amerykański, noblista Albert Michelson stwierdził, że poznaliśmy już wszystkie podstawowe fakty i prawa fizyki. Było to w roku 1894.Większość z nas jest Michelsonami. Nie potrafimy sobie wyobrazić, że to co uważamy za absolutne naukowe fakty za ileś lat będzie kupą śmiesznych urojeń.
            A rzecz jest prosta: wiedza to to, co uważamy za wiedzę. W jakiejś grupie, w jakimś czasie i miejscu. Potem coś się zmienia, wiedza jest już inna. Jeśli Wikipedia mówi że to i to i wszyscy to akceptują, to mamy wiedzę. Jak powstanie coś innego, bardziej słusznego, na przykład  Fikipedia, to znowu będziemy wiedzieli, może coś innego, z innego źródła. I o co się bić? Co komu do mojej wiedzy, a co mnie do jego? Każdy dziś może mieć taką wiedzę, jaka mu się podoba. Na tym polega postęp. Wybór „wiedzy” jest ogromny. Jedno jest pewne: nikt z nas nie będzie miał całej wiedzy. Nikt z nas nie ma wiedzy jednakowej, tej samej dla wszystkich. Niech więc każdy ma taką, jaką sobie wybierze i ściągnie: oczywiście z sieci. A jaka jest ważna?
            Wiedza dzieli się na użyteczną i bezużyteczną. Bezużyteczna… no wiadomo, szkoda komentarza. Wiedza użyteczna ma dziś to do siebie, że jest nieprawdopodobnie zmienna. Niczym przysłowiowe jętki-jednodniówki, wiedza umiera, odchodzi, szybko się dezaktualizuje. Powstaje nowa. Mnoży się jak króliki. Przechowywać wiedzę użyteczną dziś to jakby zimą zbierać śnieg, zamrażać go w lodówce i myśleć: przyda się znowu w zimie za rok.
            Nie przejmujmy się tak bardzo wiedzą. Myślmy bardziej o tym, do czego wiedza nam służy? Co chcemy osiągnąć? Do czego zmierzamy? To jest naprawdę wiedza. To jest nasz wybór. Decyzja. Jeśli to wiemy, jakiś rodzaj wiedzy ułoży się wokół naszego zamiaru lub zadania jak opiłki wokół magnesu. Nie ma wiedzy. Są pragnienia. Reszta – to zeszłoroczny śnieg. W następną zimę spadnie nowy. Chyba że klimat się ociepli. Ale wiedza o tym, to chyba, jak wyżej – ściema. Za rok klimat się już oziębi. Taka przynajmniej będzie nasza wiedza. Jak zwykle: pewna, absolutna, oczywiście – naukowa. Do momentu aż ją zastąpi inna. Wiedza-niewiedza… co jest czym? Kto to wie?
           
            ***      

niedziela, 26 września 2010

@ MYŚL DNIA. Wyobraźnia to dziwna zdolność. Asymetryczna. Łatwiej nam sobie wyobrazić przeróżne rzeczy których nie ma, niż wyobrazić sobie, że nie ma rzeczy, które są.

środa, 22 września 2010

Metablogging rocznicowy

    

             Niedawno minęła rocznica, jak sobie tu bloguję. I tak piszę, a jednocześnie patrzę na to z boku i myślę jak te blogi funkcjonują, co się tu dzieje, czego można się z tego blogowania nauczyć? No i, bo to blog, chcę coś o tym napisać. Czyli – muszę użyć modnego słowa - uprawiam w tej chwili metablogging ;)  - blogowanie o blogowaniu. Może się komuś przyda, zwłaszcza tym, którzy dopiero zaczynają, jak ja rok temu?            
             Powiem szczerze: im dalej, tym bardziej mi się podoba. Blogi to narzędzie o możliwościach o jakich nam się nie śniło, i wykorzystujemy dopiero parę procent ich możliwości. Jeszcze wszystko przed nami. Oto co zauważyłem, kolejność nie ma znaczenia:
·         Bloga tworzysz, bo się go nie pisze, ale współtworzy z czytelnikami, innymi autorami, itp. Nie wiadomo, czy to zaleta czy wada? Jest tu problem: Albo czytasz i komentujesz cudze blogi, albo tworzysz swój: kompromis jest trudny, zawsze coś przegrywa, czasu na wszystko nie starcza. Najtrudniejsze że nie na wszystkie komentarze można odpowiadać i dyskutować z nimi… ale i tak się to robi, choć nie zawsze na blogu.
·         Pisanie bloga – pewnego typu bloga przynajmniej – działa tak jak zajmowanie się fotografią, robienie zdjęć: wytwarza się w nas nawyk szukania „motywów”, tematów, dokładniej przyglądamy się życiu, zaczynamy być bardziej refleksyjni a nawet – myśleć! (tak, do tego stopnia!)
·         Uczymy się pokory: czytamy/oglądamy inne blogi i stwierdzamy że niektóre są świetne, pomysłowe, kreatywne, piękne, genialne; zżera nas zazdrość i wreszcie godzimy się z tym, że według różnych kryteriów nasz blog jest jednym z nich, gdzieś pośrodku, taki sobie i nie mamy powodu aby się nim popisywać.
·         Może wreszcie dojdziemy do mądrzejszego wniosku: a dlaczego blog ma służyć do porównań z innymi? Może to właśnie okazja aby z tym skończyć? Nauczyć się bycia sobą i ekspresji siebie nie po to, aby być od kogokolwiek lepszym? To jeden z najcenniejszych efektów blogowania.
·         Blog jest hipertekstem, co daje świetne możliwości. Można tworzyć wewnętrzne linki, po których krążą idee i wchodzą ze sobą w różne relacje, na przykład jeden tekst:
o   Inspiruje inne teksty i myśli
o   Modyfikuje inne teksty/posty
o   Przekształca myślenie o pewnych problemach
            Inaczej: blog może być traktowany jako „minisieć”, kłącze, itp.
·         Pisanie bloga jest pewnym doświadczeniem emocjonalnym:
o   Na początku wywołuje lęk przed upublicznieniem, otwartością, „pokazaniem się”. Potem – można się przyzwyczaić, w końcu na ulicy też nas wszyscy oglądają.
o   Powoduje uświadomienie różnych problemów etycznych: czy wolno coś/kogoś krytykować? Wyśmiewać? Czy i jakie są granice ironii, czy nie wpadam w destrukcyjny cynizm? Ja piszę żartem jakieś horrory a ktoś to bierze serio i może coś głupiego zrobić. Itd. Trochę jest takich problemów.
o   Skłania do uczenia się odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji tego, co piszemy i publikujemy, na przykład konfrontowania się z treścią komentarzy, być może skrajnie nieprzychylnych, obniżających naszą samoocenę, itp. Każdy może nas opluć w dowolny sposób, każdym jadem… wytrzymamy?
          
           Najciekawsze rzeczy dotyczą jednak treści tego, co piszemy. Blog jest jak ekran, na którym pokazują się treści naszego umysłu, często takie, które nas samych zaskakują, których byśmy bez tego ekranu nie widzieli. Oglądając te treści, widzimy, co nas naprawdę interesuje, pojawiają się tematy, wokół których krążymy, czasem dziwiąc się, że są właśnie takie? Przecież wcale nie chciałem o tym pisać? A może: naprawdę chciałem, tylko nie miałem świadomego zamiaru?
           Z drugiej strony, blog zaczyna mieć swoją własną logikę, zaczyna się usamodzielniać, jakby sam pokazuje, co teraz mamy napisać, staje się współautorem, może nawet autorem samego siebie?! A ja obsługuję tylko klawiaturę?
           Wobec tego, blog staje się też czymś nieprzewidywalnym, prawie autonomicznym, z dwóch przyczyn: pierwsza to ta, że nigdy z góry nie wiemy co kiedyś napiszemy, jest to nieprzewidywalne, wypływa gdzieś z nas spontanicznie, albo kierowane własną logiką.
Autorefleksja, o której kiedyś pisałem, naprawdę nic nam tu nie daje, po prostu nie wiemy „co z nas wylezie”. Druga przyczyna to ta, że teksty w blogu zaczynają jakby wchodzić w różne związki między sobą (ten powyższy hipertekstualizm), tekst X  niespodziewanie kojarzy się z tekstem Y i inspiruje powstanie tekstu Z, itd. Teksty łączą się, krzyżują, rodzą jedne drugie i jeśli jest ich już dostatecznie dużo, całość zaczynać funkcjonować jak jakiś organizm, ameba albo roślina… A do tego przecież dochodzą cudze komentarze: tu dopiero jest nieprzewidywalność, często zaskoczenie, konieczność zakwestionowania własnych poglądów… Pojawiają się inni, którzy coś komentują, do czegoś mnie skłaniają, więc, co powinno być jasne, blog to nie ja. To My.
            Atrakcyjność bloga: połączenie wszelkich możliwości pisania praktycznie czegokolwiek, w jakiejkolwiek formie z potęgą wirtualnych narzędzi (hiperlinki, wyszukiwanie, kojarzenie a przede wszystkim niezwykła łatwość komunikacji z ludźmi, tworzenie sieci społecznych….), efekt: coś, czego naprawdę nigdy jeszcze nie było. I każdy z nas może to coś tworzyć…
            Powtarzam: mnie się to podoba. Przeczytałem mojego pierwszego posta sprzed roku. Był krótki i pełen strachu. Potem był drugi. Kończył się zdaniem, które dziś znowu powtórzę. Jakim zdaniem? Kliknij tu i przeczytaj. To właśnie możliwości bloga.
      
           ***

niedziela, 19 września 2010

@ MYŚL DNIA. Jednym z najbardziej zadziwiających przesądów, który jest powszechny wśród ludzi cywilizowanych, jest przekonanie, że tak zwane wykształcenie likwiduje głupotę. Zapomnieliśmy, że przeciwieństwem głupoty nie jest wykształcenie, lecz mądrość. Może dlatego rządzą światem znakomicie wykształceni idioci?

czwartek, 16 września 2010

Edukacja europejska

            Pan  Józek Stójranny spaceruje z przyjacielem Zenkiem. Przechodzą obok nowootwartego zakładu robiącego nagrobki.
            - Patrz Józek, mówi pan Zenek, tam pracuje młody Mękus, wiesz, ten przygłup, przecież to kompletny jełop! Jak ktoś mógł takiego zatrudnić? Wszyscy wiedzą, że szkoły specjalnej nie mógł skończyć.
            Pan Stójranny na to: Widzisz Zenek, weź dwa fakty pod uwagę. Po pierwsze to firma świadcząca usługi dla tych, no wiesz, świętej pamięci.  A im już jest wszystko jedno, czy nagrobek rodzina kupi u jakiegoś głupka czy u humanisty, takiego z dyplomem filozofa albo psychologa. Bo podobno ta branża chętnie takich zatrudnia. Oni tak filozoficznie podchodzą, że wszystko marność, wiadomo. Tak z góry na wszystko potrafią popatrzeć. Znaczy się dystans mają. No, nadają się do tej roboty. Ale ktoby klienta nie obsługiwał, zmarły jest bezpieczny, nic mu nie zaszkodzi. Żaden dureń nic mu nie zrobi. I to jest zaleta tego stanu, nie? Ale też żaden geniusz mu nie pomoże. Może to też zaleta, jak myślisz?
            Po drugie: przyjrzyj się tej firmie. Ja już o to wypytałem. Widzisz psa? On też tam pracuje. Pies zajmuje się marketingiem, relacjami z klientem i księgowością. A młody Mękus jest ochroniarzem i dodatkowo przenosi nagrobki. Chłopak warunki fizyczne ma, żaden pies mu nie podskoczy.
            Pan Zenek myśli długo. - No ale jak tak, to ten pies musiał też skończyć jakieś studia, no nie?
            Pan Stójranny: Podobno ma licencjat, nie wiem na pewno z czego, mówią że z zarządzania.
            Pan Zenek: Ale chyba nie na państwowej uczelni zrobił?
            - No, na prywatnej.
            - A skąd wziął na czesne?
            - Mówią że ma bogatego właściciela. Opłacił mu.
            Pan Zenek znowu się zastanawia: No popatrz, wykształcenie jest dziś faktycznie dla każdego. Ten, model, jak to jest… boloński, co by nie powiedzieć, ale szanse daje wszystkim, nie? Chociaż, z drugiej strony, kasę trzeba mieć… Albo prawdziwe zdolności, bo tego to żadna szkoła nie sprzeda…
            Pan Stójranny: No taki Mękus wiele nie zwojuje, bo biedny i głupi. Ale i pies choćby forsę miał i magistrem został to Mękusem nie będzie. No i może dobrze, nie? Jak myślisz Zenek?

            ***

poniedziałek, 13 września 2010

@ MYŚL DNIA. Powiedziałem mojej znajomej coś trochę złośliwego. Ona odpowiedziała czymś trochę głupim. Ja nie odpowiedziałem nic. I to było najlepsze, co mogłem powiedzieć.
ë PORADA DNIA. Ćwiczmy mówienie nic.

piątek, 10 września 2010

Między nami fraktalami

           W jednym z poprzednich postów sugerowałem, że w umyśle ludzkim istnieje jakaś podstawowa idea, składnik, jakaś „cząstka”, która na zasadzie fraktalnej powiela się i komplikuje, tworząc rzeczywistość wewnętrzną i zewnętrzną. Hipoteza dość szalona, ale dlaczego jej nie zbadać? Fraktale mają dla mnie jakiś urok intelektualny, nie tylko estetyczny, jako te dziwne wzory, które dziś można generować na przykład w telefonie komórkowym. Jest to jak się mówi „przedmiot filozoficzny” (albo „metafizyczny”), który nasuwa przedziwne skojarzenia i naprawdę prowokuje umysł.
            Popatrzmy na obrazek powyżej. Żółta, pokrzywiona linia u góry wydaje się nieregularna i chaotyczna. A jednak powstała w wyniku prostych działań, polegających na tym, że rysujemy na przykład trzy proste strzałki, układamy je w jakiś wzór, a potem ten wzór powielamy, używając wzoru poprzedniego, czyli powielamy go na wyższym poziomie, i tak dalej.
            To co jest ciekawe we fraktalach to ten właśnie sposób ich funkcjonowania, dokładniej: prostota tego sposobu. Recepta na fraktal może być taka: stwórz podstawowy element- ułóż wzór – pomnóż – ułóż wzór – pomnóż – ułóż wzór – pomnóż – ułóż wzór – pomnóż, itd. Nie wygląda to na skomplikowane. Naprawdę?
            Ciekawi mnie, czy fraktale mogą być tylko graficzne, wizualne?  A może werbalne, matematyczne, wszelkie inne? Wtedy teoria fraktali wygląda jeszcze bardziej obiecująco. Czy przy pomocy fraktali można stworzyć wszystko? Na przykład Wszechświat?
            Nie rozumiem matematycznej teorii fraktali, nie mogę się w to wgryźć. Ale zasada jest chyba zrozumiała. Tłumaczę to sobie po swojemu, używając matematycznej zabawy.
Fraktale mogą być graficzne, geometryczne, ale przecież możemy jako materiału użyć kodu binarnego lub innego. Zasada jest podobna, niezależnie od materiału.
            Wyobraźmy sobie taką symulację, podobną do „automatów komórkowych”, typu gra „life” i podobne, czy ogólnie „maszyn Turinga”. Mamy ciąg zer i jedynek, jak wyżej, zupełnie przypadkowy, wynikający na przykład z rzucania monetą: orzeł – jedynka, reszka – zero.

100011110101001101000101000101011010100011…itd.

Przyjmujemy algorytm  działania tej symulacji taki:

[1]. jeśli w ciągu C znajduje się sekwencja 1010, pomiń pierwszy znak i wstaw bezpośrednio po nim ciąg [x], na przykład: 01110001010110110 (lub dowolny inny)
[2]. jeśli w ciągu C nie ma 1010: przejdź do [3]
[3]. jeśli w ciągu C znajduje się sekwencja 0101, pomiń pierwszy znak i wstaw bezpośrednio po nim ciąg [y], na przykład: 110101101001001111110001010110110 (lub dowolny inny)
[4]. przejdź do [1]
[5]. jeśli w ciągu C nie ma sekwencji 0101, przejdź do [6]
[6]. stop
Ciągi zerojedynkowe [x] i [y] są zupełnie dowolne, losowe.

            Oczywiście jest to  szkic, który każdy programista napisze nam porządniej w ciągu kilku minut. Chodzi mi o ideę.
            Jeśli mamy napisany taki programik, wciskamy enter. I… nie wiem co się stanie. Może nic, a może nastąpi jakiś Wielki Wybuch? Nagle ten ciąg zer i jedynek zacznie się mnożyć nieskończoność? Prawdopodobnie komputer wyprodukuje jakiś może bardzo długi ciąg a potem się zatrzyma. To jest, jeśli wiem (raczej nie wiem), dość typowe dla różnych „maszyn Turinga”.
            W tym akurat przykładzie prawdopodobnie program zatrzyma się kiedy wyeliminuje już wszystkie sekwencje, do których wstawia ciągi [x] i [y]. Czyli będzie to program eliminujący, jakiś terminator, który działa na zasadzie: find and kill (no może nie tak ostro, ale na przykład znajdź i zmodyfikuj, tak że pierwotne sekwencje są stopniowo usuwane). Ale nadal nie wiem, czy program się zatrzyma, czy będzie działał w nieskończoność. Matematycy, pomóżcie. Myślę, że taki algorytm wyprodukuje długi ciąg zerojedynkowy, w którym mogą wystąpić różne ciekawe prawidłowości. Jeśli ten ciąg zamienimy na formy, na przykład wizualne, to otrzymamy jakiś świat. No może światek. Zresztą niewiadomo. To chyba zależy od tego jakie ciągi   będziemy tam wstawiać. Może istnieje jakiś jedyny, szczególny fragment kodu, który wstawiony do takiego algorytmu tworzy jakiś… właśnie co? Świat? Kosmos? Porządek?
            Są to zabawy dobrze znane matematykom, informatykom, specjalistom od złożoności i chaosu oraz innych podobnych dziedzin. Nie znam się na tym, nie o to mi chodzi. Idzie o szersze wnioski i konsekwencje – poznawcze, a może i praktyczne, takich – pozoru – zabaw.
            To co wyżej pokazałem to dopiero początek. Co najmniej od czasów filozofa Gottfrieda Leibniza  wiemy, że  praktycznie wszystko co istnieje, da się opisać przy pomocy kodu binarnego. Dla mnie to odkrycie? Twierdzenie? Jest jednym z najbardziej niesamowitych w dziejach ludzkiego umysłu: dziejach jako procesie sięgania coraz dalej, wyżej, a raczej - głębiej. Jeśli mamy zero i jedynkę, mamy wszystko. Dodajmy do tego dwie, trzy proste reguły, takie jak powyżej. Reguły najprostszego typu „jeżeli, to”. Co się dzieje? Otrzymamy jakąś maszynę nieskończoności, która będzie – przynajmniej w pewnych przypadkach – produkować nieskończony ciąg zer i jedynek. Teraz przełóżmy ten ciąg zer i jedynek na dowolną inna postać – tak jak sugerował to Herr Leibniz. Co możemy otrzymać? Teksty. Obrazy. Dźwięki. Muzykę. Ruchome obrazy. Przedmioty. Świat. Światy – inne, alternatywne wobec naszego. Gdzie one istnieją? W komputerze? W sieci? Nie wiem. A gdyby te światy wydostały się ze sfery wirtualnej i stały się rzeczywistością?
            Przecież gdzieś sfera umysłu, sfera materii i sfera wirtualna się łączą. One nie mogą być oddzielne. Gdzieś u ich podłoża leży jakiś jeden mały element, może jakaś ”boska cząstka” jak mówią fizycy? Albo krótki kawałek zerojedynkowego kodu, maleńki ciąg, z którego na zasadzie fraktalnej powstaje wszystko? Gdybyśmy go zmodyfikowali, to wszystko byłoby może inne? Wszystkie fraktalne obrazy zmieniły by się może nie do poznania. My również. My, fraktale.
            Mam takie wyobrażenie: powiedzmy, że gdzieś na świecie – najpewniej byłyby to Chiny, na przykład prowincja Yunnan, gdzie rośnie moja ulubiona herbata – jakiś mały, ale piekielnie inteligentny chiński chłopczyk w wieku dziewięciu lat bawi się komputerem. Li jest geniuszem, interesują go maszyny Turinga, algorytmy, procesy losowe, fraktale i tego rodzaju rzeczy. Mając siedem lat opracował model matematyczny pokazujący jak heksagramy księgi I – Ching łączą się z podstawowymi wzorami materialnej rzeczywistości.
            Li bawi się ciągami liczbowymi. Wprowadza jakiś algorytm. Wciska enter. Program rusza. Po chwili dzieje się coś dziwnego. Na niebie pojawia się drugi, zielony księżyc o kształcie prostokąta. Po ulicach chodzą dinozaury o nigdy nie widzianych kształtach. Kąty proste mają teraz 79 stopni Celsjusza. W ogródkach rosną drzewa o różowych gałęziach, pokrytych miękkim włosiem i liściach z galarety, z których sączą się perfumy Chanel nr 5. Słońce wysyła stroboskopowe błyski o częstotliwości 5,2317 Hz. Woda ma postać piany z której można lepić rzeźby. Na krzewach herbaty pojawiają się białe bulwy pokryte cytatami z Lao-Tsy. Ich sok ma działanie halucynogenne piętnaście razy silniejsze niż LSD. I tak dalej.
            Co się stało? Nic szczególnego. Mały chiński geniusz znalazł miejsce, w którym wirtualność płynnie przechodzi w realność. (Nieprawdopodobne? Czyżby? A taśma Möbiusa  jest nieprawdopodobna?). Li wprowadził tam mały algorytm i matrix zwany rzeczywistością zaczął się przekształcać. Za Philipem Dickiem powtórzę znowu: wszystko, co możemy pomyśleć, jest możliwe.
            Nie znam się, powtarzam, na matematycznych koncepcjach fraktali. Ale jest w tym pomyśle coś niezwykłego. Pokazuje on, że możliwe jest stwarzanie niewyobrażalnie złożonych rzeczy, stwarzanie chaosu, świata i wszystkiego co jest pomiędzy, przy pomocy dziecinnie prostych środków. Weź zero i jedynkę, ułóż wzór, pomnóż, ułóż wzór, pomnóż, itd.
            *
            Czy koncepcja fraktali mówi nam coś o „naturze” rzeczywistości, świata? To zależy od natury matematyki, od tego czy matematyka opisuje świat, czy go odkrywa. Tak czy owak, matematyka (albo geometria) jest tworem umysłu. Może nasz umysł działa w jakiś fraktalopodobny, bardzo prosty sposób? Może faktycznie jesteśmy fraktalami powstałymi z jakiegoś bardzo prostego schemaciku?
            Jakaś konkluzja? Bądźmy optymistami. Mając bardzo proste narzędzia, możemy stworzyć cały kosmos. A w każdym razie chaos. A to już połowa sukcesu, bo jak wiemy, z chaosu można stworzyć wszystko. Do dzieła!
            ***

poniedziałek, 6 września 2010

@ MYŚL DNIA. Nadmiar celów zamienia życie w celę. Więzienną. Uciekaj!

piątek, 3 września 2010

Chińscy poeci

            Dwaj wielcy przyjaciele, poeci i mnisi, Han Shan i Shih Te siedzą pod wierzbą nad strumieniem opodal wiejskiej karczmy. Popijają ulubione wino pędzone z mlecza czy innej pokrzywy. Nie wiadomo, to było 1300 lat temu. Han Shan  kontempluje otoczenie. Po długiej chwili mówi. To mogłoby być tak:
            „Wierzba twarz ludzka. Woda zwierciadło. Zwierciadło odpływa. Odbicie nie ginie.”
            Shih Te milczy. Pociąga łyk wina.
Po trzech kwadransach Han Shan mówi: mogłoby też być tak:
            „Wierzba nad strumieniem wpatrzona w swą urodę. Jej liście jak łzy opadają w wodę.”
            Shih Te spogląda w niebo. Obłoki powoli suną w stronę zachodu. Pociąga łyk wina.
            Han Shan nieco nerwowo pociąga trzy łyki wina, jeden po drugim. Słońce obniża się ku zachodniemu horyzontowi. Po godzinie Han Shan mówi: to mogłoby być też tak:
            „Strumień stoi tam i z powrotem. Wierzba płynie jak stała. A jak nawet zginie, to znowu wypłynie.”
            Shih Te pociąga długi łyk wina. Po jakimś czasie mówi ze swoim charakterystycznym spokojem wypływającym z głębin satori:
"Wiesz co stary? Pieprz tę wierzbę. Patrz jak woda płynie".
            Poezja jest jak wino. Im starsza, tym lepsza.

            ***