czwartek, 30 czerwca 2011

Komentarze, refleksje



            Najczęściej piszę tu coś, co przychodzi mi do głowy pod wpływem różnych zdarzeń i problemów w świecie, skojarzeń, różnych idei nowych lub gdzieś tam dojrzewających. Jednak ten blog to głównie jakiś dialog, rozmowa pomiędzy różnymi ludźmi, czasem nawet wieloma jednocześnie, ha, prawie seminarium!
            Ostatnie komentarze mnie mocno nakręciły, więc coś w rodzaju refleksji nad nimi, odpowiedzi. Nie, odpowiedź to nie to, po prostu ciąg dalszy. Niby dlaczego mam odpowiadać – mam do tego jakieś kompetencje? Ja sobie te komentarze rozwijam, komentuję komentarze. Więc, ciąg dalszy. Idzie mi o te komentarze wcześniej o przepływaniu rzeki i użyciu wiosła, te wodne tematy. Coś tam jest chyba wspólnego, jakaś idea, ale co?

1.
            Rzeka to niewyczerpywalna metafora (dosłownie i w przenośni), może być przykładem lub modelem wszystkiego. W tym przypadku pokazuje zawsze różne punkty widzenia, różne postawy wobec rzekomo „tego samego”.  Jeden człowiek chce się dostać na drugi brzeg, inny popłynąć  - w górę lub w dół, dlatego jest dla niego ważne, gdzie konkretnie: z prądem, czy pod prąd. Dla kogoś rzeka jest przeszkodą, dla innego – drogą. Czy to nie różne funkcje, w istocie przeciwne. A rzeka ta sama. Jak to ta sama? Nie, inna dla każdego. I tak ze wszystkim, nie tylko z rzekami.
            Kiedyś odwiedziłem pewnego człowieka, który zapytał, czy napiję się herbaty. Chętnie się zgodziłem. A jakiej  - zapytał. Myślałem że chodzi mu o gatunek, rodzaj: zielona, czarna, itp. Powiedziałem: no, zwykłej, czarnej. Gospodarz zdziwił się wyraźnie i zapytał, jakby trochę zażenowany moim brakiem obycia albo czymś innym: no tak, ale czy w kubku, czy w filiżance? Ja zdziwiłem się dwa razy bardziej niż on i po chwili niepewności powiedziałem: poproszę w filiżance. (ja pijam herbatę w miseczce w japońskim stylu, co mogłoby z kolei zdziwić mojego gospodarza…). Herbatę wypiliśmy, jaka była nie pamiętam, ale całą sytuację zapamiętałem, bo to prawdziwie filozoficzna anegdotka i pokazuje ważny aspekt życia. Herbata – filiżanka,  forma - treść, ważne – nieważne?   
            Nie chodzi o to, że na swoją sytuację patrzymy z różnych punktów widzenia. Ważne, że te punkty widzenia mogą być takie, że inny człowiek nawet ich sobie nie wyobraża, nie myśli, że właśnie takie mogą być. I z tym może być problem. Jak już nieraz pisałem, żyjemy w różnych światach, tworzonych poprzez założenia: nie ważna szerokość rzeki, ważne czy chcemy płynąć w górę lub w dół. Chcemy zbudować most – może taki, który płynie? A może jeszcze inne kryteria? Może wędrujemy przez pustynię i umieramy z pragnienia. Napotykamy rzekę i pytamy czy woda nadaje się do picia, czy to trucizna? A może fatamorgana? I czy wypić ją w kubku, czy w filiżance? Jak fatamorgana, to chyba wszystko jedno. Jak trucizna – też. W ogóle – wszystko jedno.

2.
            Drugi wątek. Nie używać tylko „myśli”, użyć (też przenośnego) „wiosła”. ‘Zdania-stany rzeczy’ zastąpić jednym symbolem’. Superciekawy pomysł. To jak rozumiem idea, że życie jest jakąś całością, nie składa się z myślenia, uczuć, motywów, itd. oddzielonych od siebie. Trudno mi bardziej się zgodzić z tą ideą. Właściwie to często o tym piszę, bo jest to sposób widzenia świata znacznie bliższy praktyki niż nasze analityczno-mechaniczne dzielenie świata na czworo. To ostatnie to chorobliwa przypadłość naszej kultury.
            Symbolem zachodniego myślenia może być układ współrzędnych, który służy do dzielenia wszystkiego: x, y, xx, yy, xy, itd. Dziel i rządź. Symbolem myślenia wschodniego może być okrąg, wyobrażający przepływ i przekształcanie się rzeczywistości w różne formy, które mimo zmian pozostają jednym, całością.
            Widzę coraz wyraźniej, dosłownie, tragizm takiej klasycznej psychologii europejskiej, kartezjańskiej, analitycznej, która do dziś robi z nas schizofreników. Dzielimy świat na kawałki i szufladki, czyli jak się od Arystotelesa mówi, „kategorie”, a potem męczymy się, jak to złożyć w całość. Tu myślenie, tu działanie. Idee, emocje. Jak je skleić? Ale nie musimy się męczyć, bo życie to tak czy owak zmienna, poruszająca się całość, przepływ. Życie samo się klei w całość, inaczej by go nie było. Zegarek albo działa jako całość, albo wcale.  
            Nie myślimy mózgiem, myślimy całym sobą, myślenie-decyzja-działanie to jedno. Tylko postacie się różnią. To cykl który wygląda tak:   formy („świat”) - myślenie (idee, wyobrażenia) - energia - działanie - formy - itd.  W praktyce to na przykład tak: widzę rzekę i drugi brzeg (forma). Myślę: przepłynę (idea, wyobrażenie) – idea pobudza mnie do działania (energia) – wchodzę do rzeki i płynę (działanie). Na drugi brzeg? Z prądem? Pod prąd? To już zależy od idei, którą wymyśliłem.
            To, o czym mówi drugi komentarz, to wobec tego nie postulat, to fakt: tak właśnie działamy. Życie to nie szufladki, jedna obok drugiej, nie logiczny system, życie to przepływ, powtarzam do znudzenia. Życie jest jak lejek: wchodzi do niego mnóstwo informacji, danych, myśli, idei, a potem, na końcu lejka, pojawia się działanie, czynność, pojedynczy konkret. Najczęściej nie jest to „jeden symbol” ale czynność, „działanie całym ciałem” właśnie. Jest dla mnie oczywiste, że w jakimś momencie „myślimy całym sobą”, fizycznie, dłonią, „wiosłem”, czymkolwiek konkretnym. To ciąg dalszy naszego myślenia, jego rozwinięcie i dopełnienie.
            Człowiek, który planuje coś, wsiada do samochodu lub pociągu, jedzie gdzieś, i nagle wysiada na jakieś zapadłej stacji i jego życie jest zupełnie inne. To co zrobił, to konkret: wysiadł, skręcił w boczną drogę, coś w nim gdzieś nabrzmiewało, wreszcie pękło i wyraziło się w jednym uderzeniu – decyzji - działaniu. Jego zachowanie to „wiosło”. Jeśli znajdzie się w wodzie, to odpycha się od niej. Dłoń, zdolna do tysięcy różnych czynności może być i wiosłem – jeśli jest w wodzie.
            Myślenie jest katalizatorem naszego konkretnego działania, zapalnikiem. Każdy z nas ma w sobie energię, która mogłaby zdmuchnąć świat jak bańkę mydlaną, gdybyśmy wiedzieli, jak tę energię uruchomić. O czym myśleć? Jak myśleć, żeby się „zapalić”, wybuchnąć? A może lepiej nie. (nie, odradzam, nie próbujcie).
            Świat jest totalnie relacyjny. Żeby coś było czymś, musi być w relacji do czegoś. Inaczej nie istnieje. Najwyżej jako abstrakcyjna idea. Czym jest wiosło bez wody? Bezsensownym kawałkiem drewna. Jest wiosłem, kiedy działa jak wiosło. Marek Grechuta śpiewał o czymś takim:
Gdy wchodzisz w las stajesz się drzewem, 
co w twojej ciszy się rozrosło
A kiedy nurt przemierzasz łódką, 
wtedy udziela ci się wiosło.

3.
            Myślę teraz, czy te dwa wątki powyżej mają coś wspólnego. Skoro wszystko przepływa w coś innego, a jednocześnie jest tym samym, to powinny mieć. Chyba zrobiłem coś, co krytykuję, zaprzeczyłem sam sobie. Rozdzielam życie na kawałki, niepotrzebnie. Nie powinno być fragmentu 1 i fragmentu 2. W ogóle nie powinno być fragmentów, w życiu ich nie ma. Są relacje i związki wewnątrz całości. Tym co lubię, nie są analizy, bardziej syntezy.  Synteza, to pozwalanie światu, żeby był całością, a nie kupą kawałków.
            Często stajemy nad jakąś rzeką, właściwie wciąż płyniemy nią. Mamy jakieś myśli i idee związane z tą rzeką, przeróżne. Jakie by nie były, zazwyczaj kończą się pewną decyzją, projektem, tym dziwnym jednym symbolem, który nie jest symbolem, lecz konkretnym działaniem, symbolem w działaniu. I od tego symbolu nie ma ucieczki. Rzeki nie można zatrzymać.
            Może najlepiej, gdyby było można, jak dawni chińscy poeci, siedzieć nad nią, pić wino i gapić się w wodę.

            ***

niedziela, 26 czerwca 2011

Pies i ogon, umysł i świat



Dochodzimy czasami, tu na tym blogu, do wniosku, że próbujemy mówić o czymś, co być może nie da się wyrazić słowami. Czyli, jesteśmy jak pies goniący własny ogon. Ale skąd wiemy, że się nie da?
Proponuję, żeby tę pracownię umysłową rozumieć, między innymi - jako laboratorium w którym przeprowadzamy eksperymenty nad językiem. Badamy jego możliwości. Co się w nim da powiedzieć a co wyrazić? Czy powiedzieć a wyrazić to to samo? Skąd wiemy, że coś wyraziliśmy? Skąd wiemy kiedy mówimy o czymś, a kiedy mówimy coś? A czym się to różni? Czy słowami można stwarzać fakty? Jak?
Co to jest język? Co to są pojęcia? Czy się do czegoś odnoszą? Takie pytania zadawali sobie głównie filozofowie zwani analitycznymi. Zwykłego człowieka to nudzi i drażni. Jak to ktoś napisał w komentarzu: nie macie większych problemów? I to był komplement!   
Język to narzędzie. Do czego właściwie służy? Czego nie można zrobić przy pomocy języka? Narzędzia mają swoje mocne i słabe strony. Do czegoś dane narzędzie można użyć, do czegoś innego – nie. Jednym z poważnych błędów w praktyce jest próba użycia jakiegoś narzędzia do czegoś, czego tym narzędziem zrobić nie można. Wiertarka udarowa dobrze służy do robienia dziur w betonie. Gorzej funkcjonuje jako narzędzie stomatologiczne przy plombowaniu zębów. A jeśli ktoś chce wywiercić dziurę w stalowej blasze przy pomocy drewnianego ołówka?
Podobnie z językiem: chodzi mi o problem, w którym miejscu (?) instrumentalne możliwości języka się kończą? Kiedy trzeba zamknąć usta (i włączyć wiertarkę). Być może to co mówimy o świecie - zresztą o wszystkim, to takie wiercenie dziury ołówkiem w stali: męczymy się, wysilamy, a efekt jest żaden: ani śladu na stalowej powierzchni, nawet rysy nie ma. Myśl niezbyt przyjemna. Może trzeba innej metody, innego narzędzia? Wobec tego badajmy użytki języka i jego nieużytki, jego dobre i niedobre zastosowania. Kiedyś już pisałem o gadaczach i działaczach. Gdzie jest granica, za którą gadacze muszą zamilknąć, a działacze zacząć działać?
Każdy eksperyment badający język jest dozwolony. Pomysły mile widziane. Bawmy się językiem, to dobra zabawa, pewna „gra językowa” - z powodu samego określenia Ludwig Wittgenstein przeszedł do historii filozofii. Zazwyczaj żyjemy sobie – o właśnie, tak „zazwyczaj”, z nawyku, spokojnie i bezmyślnie. A jak zaczynamy pytać o to, co na przykład tu robimy? Mówimy, tworzymy teksty, argumentujemy tak czy owak. Właściwie, myślę, że bawimy się językiem nawet nie wiedząc o tym.
*
W powodzi chorych słów stawianie „głupich pytań” okazuje się mądre. Na przykład pytań dotyczących języka. Między innymi oddzielanie słów „chorych” od „zdrowych” to zabawa językiem, skądinąd pożyteczna.
Przecież język jest podstawowym narzędziem społecznym, kulturowym, mentalnym. Nie powiem, że podstawowym narzędziem w ogóle, bo u podstaw jest fizyka, biologia, organizm, jego fizjologia, itp. Ale już szczebel wyżej, ponad biologią, jest język.
Fundamentalne jest dla mnie pytanie: czy język jest narzędziem opisu „rzeczywistości”, czy bardziej narzędziem porozumiewania się ludzi między sobą?
Jeśli to drugie, to jest możliwość, że wytwarzamy świat, który nie jest rzeczywisty, ale taki świat, co do którego wszyscy się zgadzamy. Uzgadniamy coś, co później rozumiemy.         "Po"-rozumiewamy się. Nieważne, czy to świat „prawdziwy”. Ważne, że go wspólnie akceptujemy. Wszyscy, lub większość z nas, osiąga ten słynny consensus. Wtedy rzeczywistością jest to, co uważamy za rzeczywistość, bo tak uzgodniliśmy. I tak budujemy nasz świat, ze słów. Słowa jakimi mówimy, są różne. Ich znaczenie i intencje są różne. Żyjemy więc w różnych światach, stworzonych przy pomocy tych słów. Przypowieść o wieży Babel, to nie tylko przypowieść o wielości języków. Również o wielości światów, stworzonych przez te języki. Mamy świat wspólny tylko z tymi, z którymi mówimy tym samym językiem. Wielość języków, to wielość światów. „Mamy wspólny język”. Otóż to. Powiedzenie proste ale niedoceniane, o ogromnych konsekwencjach.
Wracając do tytułu, najpewniej nieświadomie ściągniętego z jakiegoś buddyjskiego, zenistycznego tekstu (jak trudno być dziś oryginalnym! – choć właściwie po co? Wszystko już powiedziano, trzeba tylko powtórzyć), zakończę czymś w rodzaju koanu (a może koan to inna nazwa gry językowej?):
„Czy pies może dogonić własny ogon, jeśli już trzyma go w zębach?”
Pies to umysł. Ogon to świat. Pies to świat. Ogon to umysł. Umysł goni świat, trzymając go w zębach. Zęby trzymają umysł, goniąc świat. Pies trzyma zęby, goniąc psa. Ogon goni psa, który trzyma w zębach umysł. Świat trzyma w zębach psa, goniąc swój umysł. Umysł gryzie sam siebie zębami, wyjąc jak pies.
W języku wszystko jest możliwe, choć nie zawsze zgodne z tym, co jest w świecie. To choroba języka, czy jego urok?

Ps. Powyższe było zainspirowane historią, którą Jurek opowiedział o swoim psie, w którymś komentarzu niżej. Chcę mu podziękować za inspirację (psu oczywiście, bo Jurek tu nie ma żadnej zasługi).             

***     

czwartek, 23 czerwca 2011

@ MYŚL DNIA. Jeśli czegoś nie umiemy powiedzieć prosto, może w ogóle nie umiemy tego powiedzieć? 
Mówić w sposób niezrozumiały: to znaczy, że sami nie rozumiemy tego, o czym mówimy. Wysiłek, jaki włożymy w powiedzenie czegoś prosto, jest jednocześnie wysiłkiem lepszego zrozumienia tego, co chcemy powiedzieć.
*

niedziela, 19 czerwca 2011

Ciemno i płytko



Lubimy doszukiwać się wszędzie „głębi”. Może to nawyk przeniesiony z widzenia? Widzimy dziurę w ziemi. Ciemno? Nic nie widać? Aa, to głęboko! Często nas to gubi, bo widzimy głębię, a to tylko niejasność i brak logiki. Nie wszystko co ciemne jest od razu głębokie. Głębia? Może tylko zwykły bełkot? Łatwo nas nabrać na głębię. Trzeba coś zaciemnić, zamącić, i wtedy mówimy: no tak, to głębokie.
Bywa, że głębia to taki rodzaj optycznego złudzenia, zjawiska zwanego w malarstwie trompe l’oeil . Polega to na tym, że malarz na płaszczyźnie maluje trójwymiarową przestrzeń, na przykład mur w którym jest przejście, korytarz, a na jego końcu piękny ogród. Jeśli sztuczka jest udana, to chcemy wejść w korytarz i walimy głową w ścianę. Jest wiele teorii, zwłaszcza w obszarze pseudonauk, które tak działają. Jasne i głębokie, piękne. Ale próba ich zastosowania może się skończyć potężnym guzem na głowie. Lepiej podziwiać z daleka, czytać, dyskutować. Poza tym powinien być na nich napis „Uwaga! Nie stosować w życiu!”
Nie w każdą głębię warto się zagłębiać. To tak jak z pozornie głęboką wodą: dajemy nurka głową w dół i możemy łbem uderzyć w dno. Z głębiami lepiej uważać. Czasem głębia to głównie dno. Stary problem: czy lepsze są idee głębokie ale ciemne, czy płytkie, ale jasne? 
Czy nie można by i to i to? Czyli głęboko, ale jasno? Obawiam się, że nie. Bo co to jest „jasność” (intelektualna)? To przyzwyczajenie do pewnych schematów myślenia i widzenia, nawyk. Jeśli myślimy znanymi schematami, to wszystko jest jasne. Jeśli pojawia się nowy schemat, wydaje się trudny, nawet szokujący. Wtedy, w najlepszym razie mówimy że jest „głęboki”. Głęboki: w porównaniu z płycizną naszych nawyków. Jasność to nie stan świata. To stan naszego umysłu.
To tak jak z oświetleniem: mieszkamy przez lata w pokoju gdzie pali się słaba żarówka i myślimy, że jest jasno. Nasze oczy się przyzwyczajają. Różnicę widać, kiedy instalujemy halogenowy reflektor. Oślepia nas, jest za mocny. To samo z poglądami: głupie, płytkie? Ale znane, czyli jasne. Dla starożytnych Greków świat był płaski. Wszystko było jasne.
Mózg przyzwyczaja się do ciemności. A raczej do ciemnoty. Własnej. Dajmy mu nowe światło, nowy schemat, a poczuje się oślepiony. Widzę ciemność, ciemność! Ciemno? Czyli głęboko. Ależ głęboka ta moja nowa idea! Ta głębia nas często straszy, trochę się jej boimy. Trzeba się przyzwyczaić. I znowu wszystko staje się jasne. A jak jest takie jasne, to widzimy dno. I myślimy: coś tu płytko. Jakaś głębsza myśl by się przydała? I wymyślamy: coś zagmatwanego, niepojętego, „głębokiego”. Ale wystarczy trochę więcej światła – i głębia znika. Okazuje się płycizną. Chcemy głębi, a walimy głową w ścianę. No i tak się kręci nasz umysł…
           
***      

piątek, 17 czerwca 2011

@ MYŚL DNIA.  Prawdziwa rozmowa to sztuka unikania definicji. Jednym ze znaczeń słowa definicja jest "granica, koniec". Gdzie zaczynają się definicje, tam kończy się rozmowa.
*

poniedziałek, 13 czerwca 2011

@ MYŚL DNIA.  Ludzie dzielą się na tych, którzy definiują, i na tych, którzy są definiowani.
To taka intelektualna forma podziału jaki zaproponował podobno Clint Eastwood: ludzie dzielą się na tych którzy strzelają i tych, którzy zakopują.
*

sobota, 11 czerwca 2011

Kalejdoskop zwany światem


Zdaje nam się, że coś, co spostrzegamy jest dane tu i teraz, oczywiste, bezwzględne. Fakt, którego nie da się „ruszyć”. W ogóle jest coś, gdzieś, co jest niezmienne, trwałe, wieczne. Takie są być może podstawowe wierzenia naszej kultury. Jesteśmy uczeni, że zmiana jest powierzchowna, płytka i mało ważna, a gdzieś „w głębi” jest coś stałego i niezmiennego, jakiś absolut, fundament, podłoże wszystkiego: nieruchome. Tyle schematy, stereotypy.
Nic bardziej mylącego niż ten sposób myślenia. W każdej chwili ten stabilny obraz, ta absolutna i niepodważalna rzeczywistość może runąć, rozsypać się jak lustro, w które ktoś rzucił z całej siły cegłą. Świat się rozsypuje. Ludzie dotknięci nagłą odmianą losu dobrze o tym wiedzą.
Wyobraźmy sobie świat jako wielki kalejdoskop. Jeśli patrzymy w obraz w tym kalejdoskopie, jest on oczywisty, wręcz absolutny. Ale czy jest trwały? Oczywistość i trwałość to dwie, zupełnie różne rzeczy. Kalejdoskop jest od czasu do czasu potrącany przez kogoś  lub coś. Następuje gwałtowna zmiana. Oczywistość znika i pojawia się… oczywistość. Inna. Ale równie oczywista, tuż przed naszym nosem, nie do podważenia. Mówi się (za Heraklitem) że jedyną stałą rzeczą jest zmiana. Dziś można powiedzieć: jedyną rzeczywistością jest jej zmiana.
Prawie każdy z nas przeżył sytuację, w której coś dotąd stabilnego ulega zmianie, nawet drobiazgi: remont mieszkania, który trzeba zrobić, coś nam budują na naszej ulicy, coś burzą, itp., proste rzeczy. W obliczu takich zmian najpierw jesteśmy na „nie” – nie, nie chcę, ktoś burzy mój stały, przytulny świat! Potem – po zmianie – bardzo szybko o niej zapominamy i uważamy, że to co jest teraz jest oczywiste, chyba zawsze takie było, nie mogło być inne. Dziwne jest to, że nasze spostrzeganie samej zmiany jest jakby niewyraźne, niedoskonałe. Lepiej spostrzegamy wynik zmiany, to co już jest. „Stan”. To tak jak w filmie: statyczne obrazki migają z pewną częstotliwością a my nie zauważamy przeskoków, tylko widzimy płynność, ruch, przepływanie. Podobno żaby mają oczy reagujące na ruch, ale nie widzące rzeczy nieruchomych. Stąd bocian stojący nieruchomo  dla żaby nie istnieje, aż zrobi szybki ruch i… żaby nie ma. Ludzie są takimi żabami na opak. Lepiej widzimy bezruch. Być może przyczynia się do tego język. Za dużo rzeczowników, za mało czasowników.
Do czego zmierzam? Do przekonania, że mamy do wyboru alternatywną wizję świata: nie jako rzeczy, jako stałego absolutu, ale jako procesji bezustannych zmian. Fluxus, potok, rzeka – to właśnie ta wizja. Jest ona piekielnie trudna do osiągnięcia, jest chyba wbrew naszej naturze, ale myślę, że jeśli nam się to choćby trochę udaje, to zaczynamy żyć w naprawdę innym świecie, którego doświadczAnie jest niezwykłe i szokujące. DoświadczAć świata jako ruchu, przepływu, płynięcia: o to chodzi. Naprawdę myślę, że jest to niezwykła możliwość zmiany naszego świata poprzez zmianę sposobu jego spostrzegania. Nic już nie jest stałe, nie jest trwałe. Nie ma się do czego przywiązywać. Wszystko przepływa. Oczywistość nie musi już być trwałością.
Świat to nie rzeczy, które się poruszają. Świat to ruch, który czasami przyjmuje zmienną, nietrwałą postać rzeczy.
Patrz, wszystko płynie. My też. Czy to nie oczywiste? Płynie – dokąd?  - ??
Każdy z nas ma okazję być, jak nazwał to Ishiguro Kazuo, an artist of the floating world - artystą płynącego świata.
           ***      

środa, 8 czerwca 2011

@ MYŚL DNIAKażde życie to nadużycie. Dlatego w końcu nas ktoś "zbanuje".

wtorek, 7 czerwca 2011

Ach, ten sens


 Powyższy obrazek przedstawia dokładnie sens naszego życia. Trzeba go tylko zrozumieć.

Mamy – prawie wszyscy – pewną przypadłość: poszukujemy czegoś, co nazywamy „sensem”, znaczeniem, itp. Pewnych ludzi dręczy pytanie o sens życia, świata, istnienia, co tam jeszcze. Gdyby ich zapytać, co mają na myśli mówiąc „sens”, byliby nie tylko bezradni, ale jeszcze rozzłoszczeni, że zadajemy im głupie pytania: sens to sens. Co ty, głupi jesteś?  Może poszukują wyjaśnienia czym jest to, czego szukają. Taki eksperyment pokazuje, że sens to wcale nie termin logiczny, filozoficzny lub lingwistyczny, tylko jakieś bliżej nieokreślone „dobro”, jakiś błogostan, no, nie wiadomo co, ale ogólnie, sens jest fajny i dobrze, żeby coś go miało.
Pojęcie sensu „wrzucili” nam prawdopodobnie filozofowie egzystencjalni, z ich biadoleniem nad bezsensem istnienia, absurdem, pustką istnienia, itp. Ta poza filozoficzna się kiedyś spodobała i trafiła pod strzechy, gdzie dziś błąka się jako sens w stylu pop. Zawsze mówię, że lepiej nie myśleć w ogóle niż myśleć przy użyciu cudzych myśli. Potem gdzieś w wiejskiej knajpie Heniek z Józkiem rozlewają kolejne pół litra i Heniek mówi: „Widzisz Józek, nie mogę powstrzymać narastającego we mnie poczucia absurdu”.
Jak zwykłe w przypadkach poszukiwania czegoś, jeśli nie wiemy czego szukamy, to nie będziemy wiedzieli, że to znaleźliśmy. Jeśli nie wiemy czego chcemy, to nie wiemy, czy to mamy. Sens nie jest wyjątkiem. Sens jest stanem, w którym nie zastanawiamy się nad sensem. My go wytwarzamy, żyjąc w pewien sposób. O to chodzi: sensu się nie odnajduje, sens się tworzy, w każdej dziedzinie. Maszynka do robienia sensu działa najlepiej, kiedy się nie zastanawiamy jak działa, nie zaczynamy jej rozkręcać, dłubać śrubokrętem, widelcem, albo jakimiś filozoficznymi pytaniami. Sens się dzieje w naszym życiu.
Uparcie wierzymy, że sens to coś, co kryje się poza codziennym światem, gdzieś pod spodem. Trzeba zdrapać jakąś wierzchnią warstwę albo pokopać trochę i sens się ukaże. Idiotyzm. Niczego się nie dokopiemy. Sens to bezsensowna idea, zatruwająca nam życie.
Z drugiej strony, jeśli sensu nie szukamy to, wbrew pozorom  – bardzo łatwo ten sens znajdujemy. Może to być nawet większym problemem niż brak sensu. Sens na co dzień, to „znaczenie”: coś jest rozumiane, odczytywane, interpretowane jako… Jaki sens ma trójkąt narysowany na jakichś drzwiach? A na innych obok, kółko? To taki prosty, nieegzystencjalny sens. Patrzymy na plamę na podłodze bo nam się olej rozlał i mówimy: oo, wygląda całkiem jak moja teściowa! Gwiazdy na niebie to oczywiście wielka niedźwiedzica (z młodymi), jakiś Herkules, Orion, Baran czy inna małpa. Brudna szyba w chałupie? Jezusieńku, ludzie, toć to Matka Boska!! Wszystko ma jakiś sens. „Coś znaczy”.
Nie ma takich bzdur z których ludzie nie  zrobiliby czegoś sensownego. Powodzenie oszustów działających metodą „na wnuczka” jest dobrym przykładem. Starszy człowiek jest tak przejęty usłyszaną historią o swoim wnuczku  (świetnie rozumie jej sens!), że najpierw oddaje pieniądze, a potem sobie przypomina, że nigdy nie miał żadnego wnuczka bo jest bezdzietny… Nieważne. Grunt to sens.
Tak, może nasza maszynka do robienia sensu działa zbyt mechanicznie i miele wszystko co się wrzuci, przerabia na sens. Nie przesadzajmy z sensem. Nadmiar sensu prowadzi do jego odwrotności. Durnie mają często poczucie niezwykłego sensu własnych działań. Bywa, że poczucie bezsensu czegoś chroni nas przed dużymi kłopotami. Pewnym ludziom bardzo by się przydało poczucie bezsensu tego, co robią. Mniejsza o nich, ale może przestaliby wciągać innych w swoje kompletnie bezsensowne pomysły.
Poczucie bezsensu jest równie cenne, jak poczucie humoru. Przypuszczam, że w dużym stopniu jest to to samo. Ludzie, którzy we wszystkim muszą widzieć sens, mają ciężkie życie. Bardzo poważne. Smutne. Bezsensowne, po prostu.
         Mówi się: szczęśliwi godzin nie liczą. Dodam: szczęśliwi sensu nie szukają.

***

piątek, 3 czerwca 2011

Oburzeni


Nieraz sobie obiecywałem, że ten blog będzie odporny na bieżące wydarzenia na świecie, że będzie to wieża z kości słoniowej i abstrakcji odpornych na empirię, zabawa słowami.
Jednak, związek człowieka ze światem jest zbyt silny. Świat to ja i odwrotnie. Świat przepływa przeze mnie jak rzeka, przynosząc różne ciekawostki. Zdarza się, że nie mogę ich zlekceważyć, są silniejsze ode mnie.
Otóż, mamy ciągły kryzys, kryzysy, wszędzie, głównie w stanie krytycznym jest nasza Europa, już na krawędzi katastrofy, upadająca niczym cesarstwo rzymskie, tylko znacznie szybciej. Ostatnio ten upadek zauważyli nasi sympatyczni współeuropejczycy, Hiszpanie. Uroczy hedoniści, biorący z życia to, co najlepsze. Niestety, życie ich nie rozpieszcza. Mają za mało właśnie tego, co najlepsze. Wyszli więc na ulice pod hasłem „jesteśmy oburzeni”, a żeby było wiadomo po co są na tych ulicach, sporządzili „Manifest ruchu 15 maja”. Możemy w nim przeczytać o prawach jakie przysługują oburzonym, a jakie nie są respektowane, co właśnie wywołuje ich oburzenie. Oto krótki cytat*:
(…) Istnieją prawa podstawowe, które powinny być zapewnione przez system społeczny: prawo do mieszkania, zatrudnienia, dostępu do kultury, opieki zdrowotnej, edukacji, udziału w polityce, nieskrępowanego rozwoju indywidualnego, zdrowego i szczęśliwego życia.”.
Hmm. Dość skromnie. Tylko tyle? Ależ drodzy bracia Europejczycy! Idźmy dalej, śmiało. Praw mamy co niemiara. Mamy prawo do mieszkania w willi z basenem. Prawo do rozwoju osobistego obejmuje wycieczki na księżyc, podróże dookoła świata, płatne urlopy długości 10 miesięcy rocznie, prawo do wielokrotnych orgazmów (dla kobiet), haremów i penisów w rozmiarze XXL (dla mężczyzn), prawo do życia wiecznego i wiecznej szczęśliwości, prawo do bycia kochanym i uwielbianym przez wszystkich ludzi, prawo do bycia najpiękniejszym na świecie, prawo do ilorazu inteligencji minimum 180, prawo do Nagrody Nobla, prawo do bycia papieżem/papieżycą, prawo do bycia białym lub czarnym niedźwiedziem polarnym, gubernatorem Kalifornii w zastępstwie Schwarzeneggera… Tu każdy może dopisać swoje prawo, ma prawo, czyż nie? Krótko: lista praw, które mamy jest nieskończona. I do wszystkich tych praw mamy prawo. Jeśli ktoś nam ich nie zapewni, jesteśmy oburzeni.
Oczekujemy, że SYSTEM nam to wszystko zapewni. Hej, system, słyszysz nas?! Do roboty! Jesteśmy oburzeni!
Nie ograniczajmy się. W końcu, trzeba mieć ambicje. Aspiracje zmieniają świat. Wyklęty powstań ludu ziemi! Po co się ograniczać? Chcemy więcej! Coś mamy?
To za mało! to za mało! to za mało!
Te „prawa” formułują ludzie, żyjący w, jakby nie było, bogatym, cywilizowanym kraju. Kraju, w którym słońce świeci okrągły rok. Śnieg i mróz – wyjątkowo. Morze jest ciepłe i spokojne. Żarcia pod dostatkiem. Wino dobre i tanie. Trzęsienia ziemi? Są, ale rzadko. Wszystko może być maniana i jakoś to będzie. Narobimy długów? Ktoś nam spłaci. Każdy ma prawo leżeć na plaży a ptaszki z nieba będą mu przynosić zimne piwo, coca colę, jakiegoś skręta… i inne: czego zapragną. Mimo to ci ludzie są oburzeni. Oczywiście słusznie. Ich prawa nie są respektowane. Jest im źle. Jest im za mało wszystkiego.
Przepraszam, że mówię o Hiszpanach. Lubię ich, naprawdę. To tylko przykład, inspiracja, symbol. Jakoś mnie sprowokowali. Ludzi oburzonych są dziś miliony, nie tylko w Hiszpanii. Im lepiej im jest, tym bardziej są oburzeni. Wszyscy nieszczęśni Europejczycy zachodni i Amerykanie są słusznie oburzeni.
Nie mam zamiaru robić tu analiz polityczno-ekonomiczno-finansowo-kulturowych. Zresztą nie umiem. Chcę powiedzieć krótko.
To co opisuję, nazywa się, po polsku, może trochę dziwnym słowem, mianowicie: ROZWYDRZENIE. A bardziej po hiszpańsku: komuś la palma odbija.
Świat dzieli się dziś na dość proste grupy ludzi. Mamy kilkaset milionów rozwydrzonych. Na drugim krańcu jest jakiś miliard, może dwa, ludzi, żyjących z dnia na dzień, walczących o przeżycie. Pomiędzy nimi są tacy różni, trochę tacy, trochę owacy, kilka miliardów ludzi, pragnących żyć lepiej, ale nie oczekujących od nikogo raju na ziemi. Oni nie są oburzeni. Oni chcą żyć.
*
Wydaje mi się, że grupa środkowa ludności świata się kurczy, a rosną dwie grupy krańcowe: rozwydrzeni i walczący o przeżycie. W pewnej chwili prawdopodobnie znajdą się blisko siebie i nic ich nie będzie dzielić. Przyjrzą się sobie dokładnie. Oburzeni rozwydrzeni – a naprzeciw kilkaset milionów? Miliard? Dwa? - walczących o przeżycie, o jedzenie, wodę do picia, lekarstwa i inne bezsensowne zachcianki. Oburzające, czego chcą ci ludzie!
Rozwydrzonych będzie znacznie, znacznie mniej. I wtedy nie chciałbym być na ich miejscu. No to maniana.

*  Gazeta Wyborcza 28-29 maja 2011, „Wysiadka z systemu”.

***

czwartek, 2 czerwca 2011

@ MYŚL DNIAPrzyszła mi do głowy, z pozoru mądra, myśl: jeśli nie wiesz, o czym mówisz, to nie mów.
Zastanowiłem się nad tym, czy wiem co mówię. I zmieniłem tę myśl. Gdybyśmy ją traktowali poważnie, to nikt z nas nie powinien nigdy powiedzieć ani jednego słowa.
Mówimy, nigdy nie wiedząc o czym.
Mówienie, to próba wytłumaczenia sobie tego,
o czym myślimy.
*