niedziela, 30 października 2011

@ MYŚL DNIA.   Komu służysz?
*

sobota, 29 października 2011

@ MYŚL DNIA.   Jedne z najtrudniejszych ludzkich problemów wynikają stąd, że nie umiemy się rozstać z tym, co już minęło.
*

środa, 26 października 2011

Łodzie

            


         Rodzimy się nad brzegiem ogromnej, szerokiej rzeki. Jest burzliwa, zdradziecka, trudna do przepłynięcia. Na drugim brzegu rzeki jest piękna, zielona kraina, porośnięta bujnymi lasami, pełna owoców, kwiatów, zachwycająca z daleka urokiem. Wkrótce pojawia się w nas myśl, żeby przepłynąć 
rzekę i dotrzeć na drugi brzeg.
            Budujemy łódź. Zbieramy materiały, projektujemy, szukamy porady doświadczonych szkutników, staramy się opanować rzemiosło potrzebne do budowy naszego stateczku. Pracujemy wytrwale. Wreszcie, pewnego dnia, łódka jest gotowa. Odpływamy. Próbujemy, manewrujemy, bierzemy kurs na drugi brzeg, wiosłujemy, omijamy wiry i podwodne skały. Udało się. Lądujemy. Zachwyceni, rozglądamy się po nowym, wspaniałym świecie. Łódź wyciągamy na brzeg. Niech poczeka na następne wyprawy.
            Kiedy już na nowym brzegu czujemy się jak w domu, coraz częściej patrzymy na odległe góry, które widać na horyzoncie. Myślimy, że trzeba będzie wyruszyć w te góry. Zobaczyć, co się w nich kryje, a może popatrzeć dalej, poza nie? Jaki świat tam jest?
            Czas mija. Kiedyś siedzimy zimnym wieczorem przy ogniu. Brakuje nam suchego drewna na opał. Patrzymy na łódź i decydujemy: trzeba ją spalić w ognisku. I tak jest już stara, zeschła, nigdzie nie popłynie. Rozbieramy łódź na kawałki i dokładamy do ognia. Gotujemy sobie solidną kolację. Jutro wyruszymy w drogę na zachód, w błękitne góry albo jeszcze dalej. Dokąd? Nie wiadomo. Trzeba się przygotować. Trzeba być silnym.
            A w górach łodzie nie są potrzebne...
           
            ***

poniedziałek, 24 października 2011

ë PORADA DNIA.  Pomyśl to inaczej.
        *

piątek, 21 października 2011

@ MYŚL DNIA.   Psycholog to człowiek, który ogląda pięknie utkany dywan. Potem wczołguje się pod niego, żeby zobaczyć, jak to jest zrobione. Co się pod tym kryje?
Jeśli chodzicie po dywanach, to ostrożnie: 
pod spodem może leżeć psycholog.
*

wtorek, 18 października 2011

@ MYŚL DNIA.   Kontempluję świat, to co się w nim dzieje. Coraz częściej przychodzi mi na myśl, że nasza tak zwana cywilizacja powinna sobie wstrzyknąć jakiś pavulon i spokojnie odejść z tego świata.
Co to jest? Pesymizm? Depresja? Realizm? Optymizm?
*

sobota, 15 października 2011

Kapitanowie i cesarze



Bywa, że chorąży wieje w przeciwną stronę niż sztandar
S.J.Lec
            Bardzo podoba mi się zdanie, które ktoś powiedział o Napoleonie. Według tego twierdzenia tajemnicą sukcesów cesarza było to, że wyprzedzał przeciwników w myśleniu. Jest to piękne zdanie. Właściwie nie zdanie ale zasada, nie do pobicia, którą bardzo cenię i często cytuję. Wyprzedzać innych w  myśleniu...
            Myślę jednak, że  jest jeszcze jedna sztuka, ważna dla odnoszenia sukcesów: to umiejętność rezygnacji w odpowiednim momencie, czyli - dostatecznie wcześnie. Przodowanie w myśleniu jest mocno związane z rezygnacją wtedy kiedy trzeba – właśnie dlatego, że myślimy i wyprzedzamy bieg wydarzeń. Widzimy „co się święci”, po prostu. 
I wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje.  
            Nasza kultura (polska oczywiście) brzydzi się taką rezygnacją, uważa ją za oznakę "braku charakteru", zasad, etyki. Trzeba trwać do końca, nie zmieniać zasad, bo nie wolno, bo nie. Dla nas bohaterem jest kapitan, który stoi na mostku tonącego statku i tonie razem z nim.
            Pamiętam to chyba z jakiegoś starego filmu, statek tonie, załoga spieprza w szalupach a dzielny kapitan w galowym mundurze stoi na mostku salutując, woda coraz wyżej aż sięga mu do grdyki, bul bul, koniec. Na falach unosi się kapitańska czapka... poszedł na dno, ale z honorem. Nasza piękna idea: „na dnie z honorem lec”. Taak, na dnie honor jest potrzebny. Jak rybie rower. Lec by się uśmiał. Rodacy, litości!! Typowy chłop innej nacji myśli jakby tu lec w jakimś łożu – z babą. Polak nie, Polak myśli jakby tu lec na dnie – z honorem.
            Wróćmy lepiej do kapitana - bohatera. W myśleniu był trochę do tyłu. Nie przewidział, że statki toną. Żelazo jest cięższe od wody. Może tego nie uczą w szkołach morskich? Nie dziwię się, żadne szkoły nie uczą tego, co oczywiste dla niewykształconych. W rezygnowaniu bohater jest ostatni; cóż, jego problem. Zasłużył na nagrodę Darwina.  
            Może lepiej byłoby mieć mniej takich kapitanów - dzielnych i szlachetnych idiotów,  a więcej tych majtków, którzy w odpowiednim momencie spuszczają szalupy i wieją.
Podobno w czasie wojny, pod Monte Cassino, nasi żołnierze umieszczali na zboczach góry napisy: nie bądź głupi, nie daj się zabić. Otóż to. Tylko że potem stawia się pomniki nie tym, którzy nie byli głupi, ale tym, którzy nie żyją. Dziwna zasada. W ten sposób długo nie pociągniemy.
            Męczennicy, bohaterowie, którzy oddają życie dla idei, wiary, dla jakiegoś bełkotu.  Nie do wiary, że taki gatunek kretynów przetrwał do dziś. Z biologicznego punktu widzenia zasadą jest, żeby się nie dać wrobić w rolę ginącego – za co nie ma znaczenia. Stara amerykańska zasada: „dlaczego ja? Niech to zrobi George”. I to działa.
            Niezdolność do rezygnacji to nie cnota, honor ani zasady, jak niektórzy uważają. To upór muła, sztywność i tępota. Może ten upór jest rzeczywiście narzędziem działania ewolucji? Natura eliminuje upartych. Honorowi, 
z zasadami, giną dość wcześnie, często bezpotomnie. Zostają ci bez honoru, bez zasad, inteligentni i rozsądni. I żywi. Mniej Konradów, więcej Szwejków.
            A wracając do Napoleona. Czemu sugeruję, że brakowało mu drugiej ważnej umiejętności, zdolności do rezygnacji? Cóż, w myśleniu przodował. Pokazuje to jego wycieczka do Rosji w 1812. Plany były dalekosiężne, rzeczywiście. Mało kto miał takie pomysły. Z drugiej strony, cesarz pokazał, że nie miał tej innej kompetencji, rezygnowania. Uparł się, żeby tę Moskwę obejrzeć na własne oczy. I co on tam chciał zobaczyć? Lenina w mauzoleum? Typowy turysta. A gdyby tak wreszcie powiedział: merde, wracamy, tu się robi za chłodno!
            Ciekawe, jak by się historia potoczyła. Może teraz pisywałbym sobie bloga przecudną francuszczyzną, a do obiadu piłbym Chateauneuf-du-Pape?  I po co był ten upór?
            Ok, na tym kończę, słyszę jakieś krzyki: „Toniemy, toniemy!” Dobra, spieprzam do szalupy. Ale tłok, niech to, muszę kogoś wykopać za burtę żeby sobie zrobić miejsce...
     
            ***